czwartek, 17 grudnia 2015

Każdy z nas zna te postaci, kojarzy ich społeczny status i funkcje. Choć dziś nie ma już Cesarzy i Cesarzowych – bez trudu rozpoznajemy i kojarzymy ich funkcje (to tylko dowód na to, jak mocno symbol władcy zakorzenił się w naszej zbiorowej nieświadomości).

Cesarzowa i Cesarz to najbardziej materialna, ziemska wizualizacja pierwiastka żeńskiego i męskiego w Tarocie. Najlepiej interpretować te postacie w kategoriach „ważnej osoby”, w zależności od sytuacji może to być matka, ojciec, szef, nauczyciel w szkole, żona, mąż, partner biznesowy, dziadek, babcia – albo po prostu my sami. Konkretna interpretacja zawsze będzie dopasowana do naszej indywidualnej sytuacji i miejsca kart w rozkładzie. Nie zmienia to jednak faktu, że zarówno w przypadku Cesarzowej jak i Cesarza mamy do czynienia z silną emanacją energii utożsamionej z daną płcią.

Cesarzowa to macierzyństwo, dostatek, zmysły, miłość, zaangażowanie, koncentracja uwagi na tym, co praktyczne. Cesarz to ojcostwo, opiekuńczość, struktury, władza i wszelkie regulacje – szczególnie na płaszczyźnie doczesnej, materialnej (praca, prawo, finanse, rodzina).

Nie oznacza to jednak, że karty te pozbawione są głębszej, duchowej treści. W Tarocie nie ma kart, które byłyby „duchowo” ważniejsze lub mniej ważne – szczególnie jeśli chodzi o Wielkie Arkana. Zarówno Cesarz jak i Cesarzowa przedstawiają potężną energię urzeczywistniania planów i działania na konkretach. Są to karty realizacji tego wszystkiego, co kojarzy się nam z fizycznym i materialnym rozwojem tu i teraz.

Warto pamiętać, że aby skutecznie realizować ziemskie plany i zamierzenia, trzeba mieć też mocny, duchowy background. Cesarzowa to jakby wzmocniona, umocowana w realiach fizycznego świata Kapłanka. A Cesarz to ukonkretniony i posiadający talent do interesów i polityki Mag. Oczywiście, są to tylko bardzo ogólne i – siłą rzeczy –  spłycające porównania. Bardziej chodzi tu o pewną ideę tarotowej symboliki niż sztywny schemat interpretacji.

Nie ulega wątpliwości, że Cesarz i Cesarzowa to najbardziej „symetryczna para” w tarotowej talii. Nawet Kapłanka i Papież nie odznaczają się taką symetrią. Cesarz i Cesarzowa to idealna para – samouzupełniająca się układanka męskiej i żeńskiej energii organizowania i opanowywania rzeczywistości. Każdy z nas chce panować nad światem i swoim życiem. Kobiety będą to robiły po swojemu, mężczyźni po swojemu – ale zawsze będzie to podobny rodzaj energii, podobny rodzaj skłonności i kierunków działania.

Władza ma jednak i swoją drugą, ciemną stronę. Jeśli pragnienie kontroli nad rzeczywistością przeważy nad miłością i empatią – możemy mieć do czynienia z despotą (ew. despotką). Dlatego Cesarzowa i Cesarz w niekorzystnym układzie mogą symbolizować tyranię, zaborczość lub wręcz manipulanctwo i agresję.

Warto zauważyć, że oprócz Cesarza i Cesarzowej z Wielkich Arkanów mamy też do czynienia z Królami i Królowymi Buław, Kielichów, Denarów i Mieczy. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że figura władców (zarówno w żeńskim jak i męskim wydaniu) to najbardziej powielona i wzmocniona struktura symboliczna Tarota. Nie jest to przypadek. Rozwój duchowy prowadzi bowiem do władania rzeczywistością, która została nam dana. Duch rządzi materią. W myśl tej zasady, jeśli poznamy podstawowe zasady duchowego rozwoju i zaczniemy wcielać je w życie, uwolnimy się od chaotycznej losowości naszej egzystencji i uruchomimy potencjały, których nawet w sobie nie przeczuwaliśmy.

22:56, radomjacek
Link Dodaj komentarz »

Pierwszych sześć kart w talii Tarota to symboliczne wyobrażenie konkretnych postaci: Głupca, Maga, Kapłanki, Królowej, Króla i Papieża. Dopiero siódma (szósta wg oryginalnej numeracji) karta wyraża symbolikę bardziej abstrakcyjną, choć wciąż mocno przypisaną do „ludzkiego genotypu odczuwania”. Przypadek? W Tarocie nie ma przypadków…

Obrazy opowiadają naszą historię; naszą w wymiarze osobistym, ale również w wymiarze duchowym, kosmicznym, eschatologicznym. Postacie na kartach symbolizują różne etapy życia, ale też różne postawy wobec duchowości i sytuacji, które nas spotykają. Upraszczając: opisują nas samych i stosunek wobec innych ludzi w naszym otoczeniu.

Chociaż człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga, nie ulega wątpliwości,  że składa się z komponentu cielesnego. Pisząc nieco poetycko: jesteśmy naznaczeni naszą fizycznością na wzór znamienia Kaina, jesteśmy „skazani na byt w ciele” – czy się nam to podoba, czy nie.

Fakt przypisania do konkretnego ciała jest niepodważalny. Nie mogliśmy wybrać miejsca ani czasu narodzin, nie mieliśmy wpływu na płeć, ani na środowisko, w jakim się wychowaliśmy. W czasach, w których każdy chce kontrolować swoje życie i zaplanować je w najdrobniejszych szczegółach, ze zdumieniem dostrzegamy, że wiele aspektów naszego stąd-dotąd jest „losowych”, nieprzewidywalnych, wręcz chaotycznych. Co więcej – najistotniejsze elementy naszej egzystencji, takie jak poznanie partnera życiowego, wybór pracy, czy miejsca zamieszkania – też w dużej mierze jest niezależna od nas, na pierwszy rzut oka – „losowa”. Choć zwykliśmy nie przywiązywać do tego większej wagi, „losowość” w naszym życiu odgrywa kolosalne znaczenie – często decyduje o jakości egzystencji, niekiedy o życiu i śmierci…

W jaki sposób pokonać ów komponent przypadkowości, czy jest jakiś sposób na to, aby uwolnić się od stygmatu losowości? Tak. Tym sposobem, ściślej pisząc kluczem, do świadomego kierowania życiem jest duchowość.

Tu powstaje pierwszy, być może najważniejszy problem, z jakim przyjdzie się nam zmierzyć na drodze duchowego rozwoju: duchowość zawsze ukryta jest pod grubym płaszczem cielesności. Ów płaszcz się przydaje (szczególnie w chłodniejsze, jesienno-zimowe dni : ) ,  ale może też uwierać, może być nam w nim zbyt duszno i niewygodnie.

To właśnie ta „niewygoda”, ów nieustanny konflikt pomiędzy cielesnością a duchowością, stanowi największy dyskomfort doczesnej egzystencji – jest zarazem największym napędem do zmian i doniosłych działań.

Ciało dopomina się o swoje potrzeby, duch również… I często wydaje się nam, że ciało chce zupełnie czegoś innego niż duch! Nawiasem pisząc – jak to możliwe?! – skoro jesteśmy fizyczno-duchowym jednolitym koktajlem.

To właśnie stąd bierze się w człowieku odwieczny, opisany w mitologiach i natchnionych pismach,  konflikt wewnętrzny, który naznacza całe ludzkie życie: konflikt pomiędzy tym, co cielesne, a tym co duchowe (pisząc dosadniej: pomiędzy tym co zwierzęce, a tym co boskie). Dopóki człowiek pielęgnuje w sobie ów konflikt i walczy z samym sobą – nie ma szans na pozytywną integrację swych życiowych potencjałów. Pomino usilnych prób, będzie wracał do punku wyjścia, albo – w najlepszym razie –  będzie krążył w koło. Różnica potencjałów (ciało – duch) będzie tworzyła nieustanne napięcie, konflikt będzie trwał i z biegiem lat narastał coraz bardziej. Dopiero „oswojenie góry i dołu, dnia i nocy”, czyli świadome połączenie dążeń ducha i ciała może sprawić, że poczujemy wewnętrzną jedność i siłę. Przestaniemy walczyć ze sobą – natomiast energię, którą zwykliśmy wykorzystywać do tego, aby tłumić nasz wewnętrzny konflikt, będziemy mogli spożytkować na „czynienie świata lepszym”, zbierając okruchy światła z zapomnianych zakątków wszechświata :o)

12:25, radomjacek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 listopada 2015

Rzeczywistość duchowa przejawia się i określa na zasadzie przeciwieństw. Światłość – ciemność, materia – duch, ziemia – niebo, góra – dół…

Jedna z najważniejszych opozycji przejawiająca się w świecie to przeciwstawność tego, co w nas męskie i tego, co w nas żeńskie. Anima (żeńskość) i Animus (męskość) to dwie najważniejsze, najbardziej zdynamizowane siły tego świata. To właśnie dzięki interakcjom pomiędzy tym co „męskie” i tym co „żeńskie” – świat najmocniej „rozpędza się w ruchu”, „dostaje motywację do działania”.

Męskość i żeńskość to cechy każdej osoby, bez względu na to, czy jest mężczyzną czy kobietą. Ten psychologiczny fakt przejawia się w potocznym języku, gd mówimy: „Bądź mężczyzną” albo mocniej: „Udowodnij, że jesteś prawdziwym facetem!”. Czy to nie ciekawe, że niekiedy tak łatwo przychodzi nam wyrażać się w podobny sposób, nawet do osób których dobrze nie znamy? Ale dlaczego mężczyzna ma udowadniać, że jest mężczyzną? ; )

Trzeba pamiętać, że w świecie duchowym pierwiastek męski i żeński działa niezależnie od płci. Czasami mężczyźni przejawiają w swoim życiu cechy przynależne do pierwiastka żeńskiego. Innym razem kobiety zachowują się jak mężczyźni. Nie ma w tym nic dziwnego ani niewłaściwego – każdy z nas ma bowiem cechy zarówno jednej jaki drugiej „energii płci”.

Męskość to świadome działanie, intelekt, przywództwo, panowanie, rozdawanie, utrzymywanie (przy życiu). Kobiecość to sfera podświadomości i nieświadomości, intuicji, emocji, opiekuńczości, piękna, przyjmowania i przede wszystkim – rodzenia nowego życia. Obydwie te energie są potrzebne, uzupełniają i dopełniają nawzajem. Można by rzec, że najlepiej „czują się wtedy”, gdy są ze sobą trwale zespolone. Nie jest to jednak łatwe, ponieważ świat Animy i Animusa jest od siebie różny już z samej definicji. To właśnie ta wyczuwalna i naturalna różnica potencjałów, która rodzi się pomiędzy tym co „żeńskie” a tym co „męskie” – rodzi napięcie nazywane Życiem. Tak Bóg stworzył ludzi. Uczynił nas mężczyznami i kobietami. Co najlepsze, nie mieliśmy na to żadnego wpływu. Skoro tak uczynił – ma to głęboki sens, bo Bóg z pewnością „miał coś na myśli”.

Kapłanka jest „żeńskim odpowiednikiem” Maga, jest jakby jego żeńską przeciwwagą. O ile Mag nastawiony jest na świadome działanie, kontakt z Bogiem, odkrywanie i systematyzowanie świata zarówno na poziomie materialnym jak i duchowym, Kapłanka odkrywa przed nami głębię emocji, intuicji i szeroko rozumianej nieświadomości. Kapłanka nie jest nastawiona na szybkie działanie, bardziej na medytację, kontemplację i poznawanie siebie na poziomie podświadomym, wypartym i ukrytym.

Pojęcie nieświadomości wprowadził do współczesnej psychologii C. G. Jung. Pisząc w wielkim skrócie: „(…) Nieświadomość to ta część ludzkiej psychiki, która zawiera podstawowe wzorce reagowania (instynkty) oraz myślenia, przeżywania i zachowania człowieka (archetypy). Nieświadomość można przyrównać do morza, po którym płynie statek świadomego „ja” (ego)” [Frank McLynn, Carl Gustav Jung, tł. R.Bartołot s. 279.]. „Nieświadomość zbiorowa jest fundamentem dla chaotycznej nieświadomości indywidualnej pojedynczego człowieka” [O psychologii wschodniej medytacji, w: Carl Gustaw Jung: Podróż na Wschód, Leszek Kolankiewicz (red.). s. 165].

Nieświadomość to magazyn symboli, archetypów – „senny collage” tych treści psychicznych, które zostały wyparte, nieuświadomione, zepchnięte do „piwnicy naszej świadomości”. To właśnie tu znajduje się magazyn naszych lęków, obaw, zranień ale też najbardziej skrytych pragnień, marzeń, ekstaz i proroctw dotyczących naszej przyszłości. Integracja pomiędzy tym, co nieuświadomione a tym co świadome, to jeden z podstawowych celów rozwoju duchowego. Owa integracja to nic innego jak ciągłe, mozolne łączenie ze sobą pierwiastka męskiego i żeńskiego w każdym z nas: nadświadomości, świadomości i nieświadomości w jeden samouzupełniający się, świadomy swego transcendentalnego istnienia byt duchowy.

Kapłance przypisano cyfrę 2. Dwójka jest symbolem podwojenia, podziału, sporu, przeciwieństwa, ale także równowagi. Symbolizuje ona ruch, który daje początek rozwojowi. Na poziomie interpretacji pozytywnej dwa to liczba symbolizująca połączenie dwóch autonomicznych bytów, energii, żywiołów. 1 + 1. To, co wydarzy się po scaleniu dwóch sfer można nazwać „pełną dwójką” albo jeszcze dosadniej „pełnią dwójki” – pełnią doskonałego połączenia. Takim idealnym przykładem zespolenia może być miłość dwojga ludzi, kobiety i mężczyzny – którzy wciąż będąc osobnymi bytami cielesnymi – stają się jednym bytem duchowym. Na tym właśnie polega integracja tego, co nieświadome z tym, co świadome i oswojone – oto pojawia się nowa jakość, która otwiera nam drogę do duchowej iluminacji. Dopóki nie poznamy i nie zaakceptujemy tego, co w nas głęboko ukryte, dopóty nie osiągniemy pełnej harmonii na poziomie fizycznym, psychicznym i duchowym. Kapłanka „umożliwia nam” tę integrację, daje wgląd w nasze emocje, intuicje, przeczucia, lęki, marzenia – prowadząc do światła integracji.



12:40, radomjacek
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 listopada 2015

- Pomóż nam znaleźć Boga.
- Nikt nie może wam w tym pomóc.
- Dlaczego?
- Dlatego, że nikt nie może pomóc rybie w odnalezieniu oceanu.

                                                                                                   A. de Mello

 

Każdy z nas – wcześniej czy później – powinien odkryć, że wszystko, co nas otacza jest rodzajem Tajemnicy. Im wcześniej to zrozumiemy, tym lepiej.

Wszystko jest magią. Magią jest życie. Magią jest oddychanie, bicie serca, każda myśl, każde słowo, marzenie, pragnienie, działanie i niedziałanie.

To, że obudziłem się dziś rano. To, że mogę kochać i jestem kochany. Tak, to wszystko jest magia – magia świateł, które krążą we mnie, wokół mnie.

Magią są narodziny. Magią jest świadomość istnienia. Każda przemiana – widzialna i niewidzialna. Każdy dzień i każda noc. Szelest liści na wietrze… Słońce i deszcz, księżyc i gwiazdy…

Magią jest każde Słowo wypowiedziane przez Boga.

Magią jest nieskończoność czasu i przestrzeni.

Podczas, gdy doszukujemy się magii w tajemniczych zaklęciach i rytuałach, ona otacza nas ze wszystkich stron, zaprasza do współdziałania, współkontemplowania Niezwykłości Światów.

 

Potoczne znaczenie słowa „magia” nie na wiele się nam przyda. Dziś zwykliśmy łączyć to określenie ze „sferą działań ponadnaturalnych”, z jakimiś dziwnymi praktykami, które są zarezerwowane tylko dla wtajemniczonych. Często magia kojarzy się nam się pejoratywnie; łączymy ją z dziwacznymi praktykami, w najlepszym razie z wyczynami Harrego Pottera. Jakkolwiek byśmy nie interpretowali tego słowa, często pojawia się w naszych myślach pierwiastek irracjonalny, często wrogi, wręcz niebezpieczny – kojarzący się z  przywoływaniem złych mocy dla wyrządzenia komuś szkody. W zracjonalizowanym, uporządkowanym świecie logiki nie ma już miejsca na magię – a to wszystko, co niesie ze sobą odkrywanie Tajemnicy świat zwykł uważać za wrogie i niebezpieczne. To właśnie uczyniła z nami rewolucja przemysłowa i encyklopedyczna wiedza racjonalistów.

Tymczasem od tysiącleci, być może nawet od samego początku istnienia ludzkości, magia była jednym z najprostszych i jednocześnie najskuteczniejszych sposobów oswajania rzeczywistości, zaprzęgania jej do „służby człowiekowi”.

Myślenie magiczne (archetypiczne, symboliczne, obrazowe) jest nam bliższe niż się wydaje – mamy je zakodowane w zbiorowej podświadomości. Zwrócił na to uwagę zarówno Freud jaki i jego genialny uczeń – C. G. Jung. Nasi przodkowie widzieli magię tam, gdzie dziś widzimy tylko suche, naukowe wyjaśnienie. Wschody i zachody słońca, fazy księżyca, tęcze ukazujące się na niebie, zmiany pór roku, susze i powodzie, zaćmienia i trzęsienia ziemi, wojny i zarazy, wreszcie narodziny i śmierć – wszystko to było postrzegane w kategorii wydarzeń niezwykłych, magicznych, niosących ze sobą określoną wartość duchową. Dopiero niedawno postęp naukowy i technologiczny wykorzenił z ludzi skłonność do myślenia magicznego. Nie dziwią nas już zaćmienia słońca, zorze polarne, przypływy i odpływy oceanu, lśniące gwiazdy w letnią noc. Na wszystko mamy gotowe racjonalne wytłumaczenie, które zdejmuje z nas obowiązek samodzielnego myślenia i odkrywania tajemnicy istnienia.

Tak oto człowiek zatracił możliwość wglądu w magiczny, niezwykły świat codzienności. Pozostała nam wiara w paradygmaty –  w to co powiedzą nam naukowcy, kapłani, dziennikarze… Polegamy na tym, co powiedzą nam inni, nie próbując nawet sprawdzać, jak rzeczy mają się naprawdę. Tak oto zatracamy umiejętność samodzielnego myślenia, odkrywania i interpretowania tajemnic wszechświata, wglądu w nas samych, w intuicyjne Światło bożej mądrości w nas.

I tak oto jesteśmy zdani na to, co inni powiedzą nam na nasz temat. Zamiast doświadczać i próbować świata samodzielnie – zdajemy się na poglądy innych. Przyjmujemy je za swoje, z uporem maniaka trwamy w przekonaniu, że istotnie „są nasze”. Tymczasem nigdy nie były – bo nie wypracowaliśmy ich samodzielnie, w toku naszego indywidualnego doświadczania i smakowania świata. Poznajemy siebie i wszechświat nie przez pryzmat własnych duchowych doświadczeń – ale przez pożyczanie gotowych szablonów, które mają nam wyjaśnić zawiłości naszego jestestwa. Nic dziwnego, że tak często zawodzimy się na tych zapożyczonych szablonach.

Nie umiemy odkrywać magiczności świata – nic nas już nie dziwi, nie zachwyca, nie inspiruje. Zdani na „racjonalistyczno-naukowy McDonald” powierzchownego oglądu świata, skazani na wszechobecnego i wielce życzliwego wujka Googla – posilamy się byle czym, oglądając telewizję, przeglądając Internet, rozmawiając ze znajomymi, że „jakoś tam nam życie leci”. Ale ono nie leci – raczej przecieka przez palce. A przecież każdy dzień przybliża nas do śmierci.…

Przechodzimy nad niezwykłością świata do porządku dziennego – zaaferowani pracą, życiem rodzinnym, niewymagającym wysiłku intelektualnego wypoczynkiem i snem. Tak oto zatracamy w sobie osobowość Maga.

To, że ją zatracamy nie oznacza, że nie mamy w sobie jej zalążków. Bo – jak już zostało powiedziane (powtórzmy to jeszcze raz z całą mocą) – myślenie  magiczne jest bliższe niż się nam wydaje. Mamy je zakodowane w zbiorowej podświadomości ludzkiego gatunku. Magia, mit, archetyp i symbol – wciąż do nas przemawiają, być może nawet mocniej niż kiedykolwiek.

Mag – to ta sfera mojej osobowości, która chce odkrywać Tajemnicę Istnienia. Mag symbolizuje tę część ducha, która otwarta jest na poznanie medytacyjne, intuicyjne, pozaracjonalne, transcendentne, z założenia metafizyczne. Takie „magiczne doświadczanie samego siebie” i otaczającego wszechświata nie jest oparte na zapożyczaniu i przyswajaniu cudzej wiedzy i wiary, ale na osobistym wsłuchiwaniu się i wpatrywaniu w to, co mówi do mnie Bóg – poprzez dzieło stworzenia, poprzez Światło i Słowo.

Bóg mówi do mnie mitem, symbolem, przypowieścią, wizją, obrazem. Bóg nie zawsze chce do mnie mówić wprost; zależy mu na zaangażowaniu człowieka, a nic tak nie angażuje jak odkrywanie Tajemnicy. Tajemnica przyciąga, inspiruje, zachęca do zaangażowania, do podróży w głąb siebie. Bóg lubi Tajemnicę – bo w Niej najpełniej opisuje Siebie. A Mag to ten, który krok po kroku chce tę Tajemnicę odsłaniać, delektować się nią, smakować. Chwile oświecenia, kontemplacja Chwały Najwyższego –  są bezcenne.

Mag widzi więcej, bo nie ogranicza się do zastanych paradygmatów, ale ustanawia swoje własne – odkrywa Tajemnicę tu i teraz. Mag nie przywiązuje się do ustalonych prawd i narzuconych norm., bo wie, że świat podlega nieustannym przemianom – nie da się w statycznej, racjonalnej wiedzy „zamknąć” dynamizmu życia Wszechświata.  Korzystając z intuicji i daru dostrzegania niezwykłości codzienności, nie poprzestaje na tym, co „ktoś już mu powiedział”, lecz szuka Objawienia wciąż na nowo.

 

 

 Mag zdaje sobie sprawę z dualizmu rzeczywistości: dostrzega i rozumie, że świat funkcjonuje na co najmniej dwóch poziomach: materialnym i duchowym. Potrafi się poruszać w obydwu tych sferach, nie ogranicza się jednak tylko do rzeczywistości zmysłowej, choć potrafi ją wykorzystać i docenić jej wpływ na koleje losów. Choć obydwie warstwy rzeczywistości są ze sobą nierozerwalnie zespolone, Mag wie, że świat duchowy stoi w hierarchii bytów wyżej niż świat materialny, że duch rządzi materią, determinuje ją i organizuje. Dlatego nie ogranicza się do empirii, ale – przekracza ją – dążąc do transcendencji.

Ta „poszerzona świadomość” daje mu wgląd w rzeczy tajemnicze i niewidoczne dla Głupców czy nawet Wędrowców. Podczas gdy Głupiec potrafi naiwnie korzystać tylko z tego, co już „dostał od świata”, Wędrowiec przeczuwa, że istnieje jakiś nadrzędny sens egzystencji – Mag widzi już ten cel; dostrzega to, co niewidzialne dla oczu. Integruje w sobie świadomość i podświadomość, widoczne i niewidoczne, materialne i duchowe. Ta poszerzona perspektywa daje mu wgląd w poznanie siebie, otaczającego wszechświata i światło Bożej Mądrości – daje mu narzędzia do odsłaniania Tajemnicy.

„Wstępem do [odnowionej percepcji świata] jest szczególny sposób bycia. Choć łączy on podejście racjonalistyczne i mistyczne, zasadniczą sprawą jest wyrobienie w sobie postawy polegającej na tym, aby: słyszeć niesłyszalne, widzieć niewidzialne, odczuwać niematerialne.

[Mag] wyczulony jest na Tajemnicę, którą nosi w sobie i która go otacza. (…) W każdej rzeczy istnieje strona jawna i ukryta. Zadaniem [Maga] jest wniknięcie w wewnętrzny wymiar świata, aby dostrzec jego ukryte światło”. {Mark-Alain Ouaknin, TK, s. 71 n.}

Niezwykle ważną cechą Maga –  być może decydującą o tym, kim jest, a nie kim czasem bywa –  jest zaangażowanie i systematyczność. Mag wie, że odkrywanie Tajemnic Bożej Iluminacji wymaga zaangażowania i systematyczności. Bez tych cech Mag byłby tylko wytrwałym Wędrowcem, który dostrzegałby niekiedy w przypadkowy i niezaplanowany sposób jakieś duchowe prawdy, jakieś iskierki Bożego Światła.

Mag jest wytrwały, zapisuje wyniki swoich poszukiwań i badań, systematyzuje je, analizuje zależności, wyciąga wnioski – swoje spostrzeżenia skrzętnie notuje i wykorzystuje w ciągu całego swojego życia. To fundamentalna różnica pomiędzy Wędrowcem a Magiem.

Mag ma już w dłoni narzędzia, o których Wędrowiec nigdy nie słyszał. Potrafi używać tych narzędzi, aby poznawać naturę życia i doświadczać opieki oświeconego Bożą Mądrością anioła stróża. Wytrwale pracuje i nie poddaje się, ponieważ wie, że trening czyni mistrza, a wytrwałość bywa nagrodzona wglądem w sprawy, o który inni nie mają zielonego pojęcia.

Mag to archetyp osoby, która nie boi się duchowych poszukiwań i zmagań, która odrzuca przesądy i doktryny narzucone przez demokratyczną większość – by samodzielnie próbować w alchemicznym ogniu twardości wyrabianego kruszcu prawdy.  Mag rozumie, że oprócz „zwykłości świata” jest w nas to, co niezwykłe – godne odkrycia i poznania.

„Nasza świadomość bywa pochłonięta przez stan jakby wygnania z krainy źródła życia. Otaczają nas niezliczone cudowne światy, ale – rzecz charakterystyczna – my pozostajemy wrażliwi jedynie na nasze codzienne, najbardziej efemeryczne pragnienia i potrzeby. [Mag walczy] z całkowitym zapomnieniem o obecnych w nas potencjalnych królestwach ekstazy i [odkrywa drogi prowadzące do ich odnalezienia]”. {Mark-Alain Ouaknin, op. cit., s. 72}

Mag idzie tam, gdzie inni zawracają w przekonaniu, że nie są w stanie niczego odnaleźć. Jest nieposkromiony w chęci odkrywania Tajemnicy. Mag to archetyp duchowego odkrywcy przez duże „O”, człowieka który posiada duchową intuicję i potrafi z niej korzystać. Mag to człowiek głodny Tajemnicy, nieustannie świadomy tego, że wszystko co nas otacza –  włącznie z nami samymi – jest niezwykłe i godne zadziwienia.



24/25 listopada 2015



czwartek, 19 listopada 2015

„Błogosławieni ubodzy w duchu…”

 

Pierwszy krok, zarazem świadoma decyzja – uznać swoją niekompletność, przyznać że w głębi serca, umysłu, duszy jest się człowiekiem ubogim duchowo.

Dopóki będę trwał w przeświadczeniu, że ciasna cela mojego ducha jest idealnie urządzona i nie potrzebuję w niej żadnych remontów – nie uczynię postępów na drodze duchowego rozwoju.

Potoczna wiedza jaką, zdaję się, posiadam skłania mnie do przekonania, że nie potrzebuję w swoim życiu radykalnych zmian, ani tym bardziej kontestowania swojej duchowej kondycji. Czuję się wolny, młody, zdrowy, samodzielny – jednym słowem „czuję się komfortowo”. Zapominam, że największą przeszkodą na drodze duchowego wzrostu jest właśnie to „dobre samopoczucie”, przeświadczenie o własnej samowystarczalności.

„Błogosławieni ubodzy w duchu…”. Doświadczam swoich uczuć. Co czuję, słysząc te Słowa? Muszę przyznać, że wcale nie są mi One na rękę. Uznanie swojej „duchowej niezupełności” nie wzbudza we mnie entuzjazmu. Stać się ubogim w duchu?  – ale w jaki sposób, i przede wszystkim po co? Podważyć swoją duchową konstytucję? Zanegować to, co do tej pory uznałem za sensowny i wystarczający punkt odniesienia?  Podświadomie bronię się przed takim rozwiązaniem. Każdy chce nosić w sobie przekonanie, że wie, dokąd zmierza i zna ostateczny cel swojej wędrówki. Uznanie, czy choćby stwierdzenie, że jest się kimś w rodzaju duchowego lunatyka, albo w najlepszym razie – duchowego trefnisia-żebraka, jest mało zachęcające – wręcz deprymujące! Istotnie, dotarcie do takiego stwierdzenia niejednego z nas mogłoby wprowadzić w stan zniechęcenia. Przez krótką, straszną chwilę może pojawić się poczucie obawy, dojmującego braku stabilności, rozbicia lub utraty tego, co „słuszne” i „cenne”. Właśnie tak można odczuwać ten stan „zaparcia się samego siebie”, uznania swojego „duchowego ubóstwa” – przynajmniej ja tak to odczuwam.

Gdy uznaję, że jestem „duchowym głupcem” – tracę grunt pod nogami, a moje ego cierpi katusze niedowartościowania, traci poczucie wewnętrznej równowagi.

Co oznacza stan duchowego ubóstwa w praktyce każdego dnia? Czy znów mam wrócić do samego początku drogi? A przecież myślałem, że jestem taki „mądry”, elokwentny, wygadany. Myślałem, że jestem samowystarczalny, że nie muszę otwierać się na nieskończone światło Bożej Obecności. Myliłem się.

Nikt nie lubi, gdy ktoś mówi o nim – „głupiec”. To nie jest komfortowa sytuacja… Czym mam się kierować w swoi życiu, skoro wreszcie uznaję się za głupca, za duchowego żebraka, który sam do końca nie wie, dokąd ani po co idzie?

Uznać się za duchowego głupca… –  czy to oznacza, że wszystko co do tej pory myślałem i czyniłem było złe, godne politowania? Wartościowanie swoich myśli i uczynków według tego, co podpowiada zdroworozsądkowa moralność, to cecha nieoświeconego, łasego na nagrody i kary umysłu. Większość ludzi istnieje (albo chce istnieć) w przeświadczeniu, że „żyje zgodnie z własnym sumieniem”, że zachowuje się moralnie i kieruje w życiu właściwymi wartościami. Każdy chce poczuć wygodę bezpiecznego, szczęśliwego życia. Prawda jest jednak taka, że dopóki nie wyjdę poza bezpieczne ramy swojej dobrze urządzonej celi, dopóki nie uznam duchowego ubóstwa, nie zajdą w moim życiu głębsze przemiany. Owszem, będę żył tak jak do tej pory, wędrując po niezmierzonej krainie okoliczności, ale poruszać się będę po niej po omacku, po tych wszystkich drogach nazywanych życiem. A kiedy już osiągnę bezpieczne schronienie, będę cieszył się jak małe dziecko z dotarcia do każdej ciepłej, bezpiecznej gospody. Trwając w tym stanie „duchowego lunatykowania” nigdy nie będę wiedział, gdzie mógłbym dotrzeć, gdybym wreszcie zdobył „aktualną mapę” i świadomie pokierował swoją wędrówką.

Tak oto, mając wrażenie nieustannego ruchu, biorąc udział w pogoni za dobrami tego świata, wytężając siły i poświęcając większość życia na zapewnienie sobie i bliskim szczęśliwego życia – wciąż krążę po nieznanym mi labiryncie świata, niczym nałogowy somnambulik, poruszając się po świecie bez szans na dotarcie do właściwego, świadomie wybranego miejsca.

 

 

 Na pozór wszystko jest w porządku. Duchowy głupiec wędruje od miasta do miasta i ma się dobrze. Na swój sposób jest z siebie zadowolony. Można powiedzieć, że czuje się świetnie. Wędruje od gospody do gospody, zarabia na utrzymanie będąc bardem, kuglarzem, najemnym robotnikiem. Niewątpliwie Głupiec ma w sobie „artystycznego ducha”: jest wyczulony na wszelkie inspiracje, jest dobry, wrażliwy, inteligentny. W podróżnym zawiniątku trzyma wszystkie idee i prawdy, które dotychczas zdobył i uznał za swoje. Nie ma tego zbyt wiele – ale zawsze to lepsze niż nic.

I tak oto może żyć jeszcze bardzo długo – w przeświadczeniu, że wszystko jest na swoim miejscu, że jego myśli, uczucia, marzenia i plany popychają go we właściwym kierunku. Tak oto postrzega swoje życie Głupiec – od środka, subiektywnie. Ale bezstronny obserwator, patrząc na Głupca, dostrzeże coś zgoła innego. Zobaczy, że jego sytuacja jest – oględnie rzecz biorąc – nie do pozazdroszczenia. Czy można iść we właściwym kierunku, trwając w ciągłym rozproszeniu myśli, poddając się zewnętrznym okolicznościom, nie mając poczucia, że idzie się we właściwą stronę? Wreszcie – czy można kierować się w stronę Bożego Światła w mrokach przedświtu, nie posiadając żadnej mapy, czy choćby kompasu? Owszem – można tak beztrosko podróżować dość długo, nawet całe życie – i można się przy tym dobrze bawić. Ale podróżując w mroku niedopowiedzenia, oglądając się cały czas za siebie, będąc zdanym na żywioły zewnętrznych okoliczności – Głupiec wciąż będzie szedł po omacku, niebezpiecznie zbliżając się do krawędzi urwiska. Taka podróż wcześniej czy później, zacznie go nużyć, w najlepszym razie – stanie się czymś w rodzaju programowego, permanentnego zabijania nudy. Wpadając w wir coraz to nowych aktywności będzie miał złudzenie „ciekawego, kolorowego życia”, ale złudzenie to przecież nie to samo, co realne postrzeganie rzeczywistości. Podróż nieoświeconego Głupca jest niczym innym jak tylko kontrolowaną stratą czasu.

A zatem, pierwszym niezbędnym krokiem jest uznanie swojej niekompletności, ślepoty, niewiedzy. Czy obawiam się uznać, że jestem „duchowym głupcem”, że znajduję się dokładnie w takim a nie innym miejscu swojego duchowej drogi? A któżby się tego nie obawiał?

Uprzytomnienie sobie własnej niekompletności to pierwszy i zarazem najważniejszy krok na drodze ku duchowemu wzrostowi. Pierwszy krok do otworzenia się na bezmiar duchowych bogactw, które otaczają mnie ze wszystkich stron. „Wiem, że nic nie wiem”. Dopóki nie uznam, że jestem pusty – nie znajdę w sobie miejsca na wlanie choćby odrobiny oliwy mądrości. Dopóki nie uznam, że jestem spragniony i potrzebujący – nie wyciągnę dłoni do źródła żywej wody. Jeśli nie pojawią się nowe pytania, siłą rzeczy nie pojawią się też odpowiedzi.

„Szczęśliwi ubodzy w duchu, albowiem oni odziedziczą królestwo niebieskie”. Nie mogę obawiać się uznania swojej duchowej niekompletności, ponieważ jest to pierwszy i być może najważniejszy krok na drodze do osiągnięcia duchowego progresu.

Teraz najważniejsze – do całej sprawy trzeba podejść z optymizmem. Głupiec ma mnóstwo cech, które dopomogą mu w wędrówce. Jest beztroski, otwarty, optymistycznie nastawiony do świata i otaczających go ludzi. Jego młodzieńcza naiwność, optymizm i wrodzone zdolności twórcze przypominają kreatywność dziecka, które chce łapczywie poznawać świat, smakować go, dotykać – i nazywać po swojemu.

Głupiec wyczuwa intuicyjnie jedną z podstawowych duchowych prawd: „Wszechświat jest dobry, tak jak dobry jest Bóg, który go stworzył. Skoro tak, to Bóg nas kocha – takimi jakimi teraz jesteśmy. I nieustannie dopomaga nam w odkrywaniu i tworzeniu nas samych i otaczającego (wszech)świata”.

Czyż może być inaczej? Gdyby na świecie było więcej zła niż dobra, świat już dawno przestałby istnieć. Gdyby Bóg nie podtrzymywał światów Swym Słowem, gdyby nie użyczył im Swego Światła – światy rozpadłby się na kawałki, nieuchronnie poddając prawu entropii. Bóg wciąż tworzy – to jego najważniejszy przymiot. Bóg jest twórcą, ma w sobie ducha artysty.

Głupiec, uznając swoją niedoskonałość i podejmując wysiłek wędrówki staje się Wędrowcem. I to jest moment jego powtórnych duchowych narodzin. Nie poddaje się, chce iść dalej. Na swój sposób jest „przyzwyczajony do wędrowania”, w jego życie niejako wpisana jest podróż.

Człowiek jest zaprogramowany na wędrowanie. Warto zwrócić uwagę na fakt, że wiele duchowych tradycji wprowadza na samym wstępie motyw wędrówki.  W rzeczywistości te duchowe teksty zawsze zawierają wypowiedź „istoty w drodze”, nawet gdy nie jest to dosłownie sformułowane. Wiele duchowości opiera swoje nauczanie na „pozostawaniu w drodze”. Jest to zapis myśli ludzi, którzy zastanawiają się nad tajemnicami bytu zgodnie z prawdą marszu.  Taki niewątpliwie jest sens wersetu: „Będziesz o nich mówił (…) w czasie podróży”. Pwt 6, 7. {Marc-Alain Ouaknin, TK}.

Ileż to kilometrów zrobimy w ciągu swego życia? Ile miejsc odwiedzimy? Przecież wszędzie trzeba gdzieś pójść, dojść –  coś załatwić, kogoś spotkać… Przemieszczanie się jest fundamentalną cechą człowieczych działań. Homo viator – człowiek wędrujący to jeden z podstawowych archetypów naszej kultury. A więc to, że Głupiec zamienia się w Wędrowca i wciąż chce iść – nie jest niczym niezrozumiałym ani dziwnym. Tak naprawdę, ruch to jeden z najbardziej naturalnych sposobów przejawiania się życiowej aktywności. Życie – to ruch. Ruch – to światło. A światło – to życie.

Różnica pomiędzy Głupcem a Wędrowcem polega na tym na tym, że „programowy głupiec” idzie bez celu, natomiast Wędrowiec zaczyna ów cel przeczuwać, zmierzać w jego kierunku. Wędrowiec wędruje – bo chce; Głupiec – bo musi. To fundamentalna różnica – całkowicie odmieniająca jakość podróżowania i jej ostateczny efekt.

 Największym pocieszeniem dla Głupca – i zarazem jego największą nadzieją – jest to, że już teraz może przeistoczyć się w świadomego swej drogi Wędrowca. Nie wymaga to jakiegoś skomplikowanego rytuału ani wyrzeczenia będącego ponad jego możliwości. Wystarczy, że uzna swoją „głupkowatość” i rozejrzy się uważniej wokół siebie. Co prawda, przynajmniej na początku, wciąż będzie szedł niemal po omacku, gryziony przez bezdomne psy, zdany na niebezpieczeństwa samotnej podróży, ale przynajmniej będzie miał nadzieję, że zaczyna iść po coś konkretnego, że wreszcie dotrze do miejsca, w którym będzie mógł się wyleczyć się ze swojego „duchowego infantylizmu”.

Głupiec przemienia się w Wędrowca zawsze wtedy, gdy uświadamia sobie swoją wewnętrzną pustkę i duchową niepełność. Paradoksalnie w jego historię wpisany jest optymizm. Głupiec nigdy nie jest skazany na porażkę, a jego sytuacja nigdy nie jest beznadziejna. Wręcz przeciwnie: posiada on pełny potencjał, który umożliwia mu przemianę swojego życia – ale pod jednym warunkiem: że uzna przed Bogiem ułudę swojej powierzchownej „mądrości”. Gdy uzna swoje ograniczenia, gdy uświadomi sobie, że brakuje mu kompetencji, dzięki którym mógłby dostrzec cały bezmiar otaczających go cudów.

 Głupiec / Wędrowiec nie musi rezygnować ze wszystkiego, czego się do tej pory nauczył, nie musi tak naprawdę rezygnować z niczego, czego do tej pory dokonał. To, co zdobył i zapamiętał do tego momentu wydaje się nieistotne, w najlepszym razie nie decydujące o jego przyszłości. Ważna jest otwartość na nowe inspiracje, na Boże Światło i Słowo. To pragnienie światła czyni w jednej chwili z Głupca – Wędrowca. Z mroku przedświtu, zamieszania uczuć i pojęć wyłania się stary-nowy człowiek, który – wciąż mając w pamięci swoją niedawną indolencję i ignorancję – chce jednak uzdrowić swoją duchową kondycję, zmienić swoje patrzenie na życie i samego siebie.

 „ Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz: Teraz poznaję po części, wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany”. 1 Kor 13, 12

I oto nagle, w ułamku jednej chwili medytacyjnego wglądu, zaczynam sobie uświadamiać, że potrzebuję przewodnika, konkretnych wskazówek – kogoś, kto da mi nową mapę z jasno określonymi punktami wartymi odwiedzenia. Tak oto Głupiec zamienia się w Wędrowca, łaknącego autentycznej prawdy i autentycznego życia. Wciąż świadomy swoich braków, może wreszcie zacząć poszukiwania.

Cały ten akt uznania swojej duchowej ignorancji może trwać zaledwie kilka sekund. To może być błysk chwili albo efekt systematycznych, codziennych medytacji. Czyż nie warto wydać odrobinę swego czasu, aby doświadczyć w swoim życiu aż tak wielkiej, pozytywnej przemiany?

Zatem teraz chodzi o to, aby Wędrowiec nauczył się korzystać ze wskazówek i map, aby otworzył oczy i widział cenną mądrość, którą daje mu wszechświat oświetlony niezwykłym blaskiem Bożej Chwały. Koniec tułaczki, koniec żebrania od miasta do miasta. Wędrowiec wreszcie ruszył we właściwym kierunku, bo uświadomił sobie, że… jest głupcem. Nawet najdłuższa droga zaczyna się od pierwszego kroku –  i od decyzji, że w ogóle chcesz ruszyć z miejsca. Bo gdy jesteś w drodze, jest szansa, że znajdziesz się w miejscu, gdzie twój duch spotka Ducha Boga.

 

17-19 listopada 2015



"Nasze pragnienia zawsze się modlą, choćby wargi milczały..."

św. Augustyn

12:14, radomjacek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 listopada 2015

 

Wszystko jest magią. Magią jest życie. Magią jest oddychanie, bicie serca, każda myśl, każde słowo, marzenie, pragnienie, działanie i niedziałanie.
To, że obudziłem się dziś rano. To, że mogę kochać i jestem kochany. Tak, to wszystko jest magia – magia świateł, które krążą we mnie i wokół.
Magią są narodziny. Magią – świadomość istnienia. Każdy dzień i każda noc. Szelest liści na wietrze, wiatr gładzący Cię po policzku… Słońce i deszcz, księżyc i gwiazdy…
Magią jest każde Słowo wypowiedziane przez Boga. On, właśnie dzięki Słowom i przez Słowa, utrzymuje wszechświat w harmonii istnienia. Magią jest istnienie bytów widzialnych i niewidzialnych, ludzi i aniołów, dusz i duchów. Magią jest nieskończoność czasu i przestrzeni.
Podczas, gdy doszukujemy się magii w tajemniczych zaklęciach i rytuałach, ona otacza nas ze wszystkich stron, zaprasza do współdziałania, współkontemplowania Niezwykłości Światów.

 

środa, 21 października 2015

Zostawianie śladów. Zatrzymywanie chwil. Zaczarowywanie najbardziej niepowtarzalnych/powtarzalnych chwil istnienia. Dzielenie się sobą – z Tobą. Uporczywe, namolne, uparte zamalowywanie kolejnych powierzchni nowymi landszaftami. Tworzenie kolorowych akwarel. Odrobina słońca, odrobina barwy i...  – mnóstwo, mnóstwo wody ; )

11:02, radomjacek
Link Komentarze (2) »
wtorek, 20 października 2015



teraz ludzie cię oceniają
z powodu twojego wyglądu
widzą tylko maski
nawet nie wiedzą, kim jesteś
musisz pokazać sobie, że jesteś niepokonany
zbierając trofea
ale kiedy płaczesz w ciszy
odkrywasz kim naprawdę jesteś

wierzę w ludzi
wierzę w ludzi
wierzę w ludzi…
którzy mają odwagę
odwagę by być ludźmi
wierzę w ludzi…

podaj mi rękę i wstań
możesz mi zaufać
jestem zwyczajnym człowiekiem
jednym z takich jak ty
ale jaki w tobie jest blask
w twojej słabości
przypominam ci, że nie jesteśmy sami
w walce z rzeczywistością

wierzę w ludzi…

miłość, miłość, miłość
wygrała, wygrywa i będzie wygrywać
miłość, miłość, miłość
wygrała, wygrywa i będzie wygrywać…

wierzę w ludzi
którzy mają odwagę
odwagę by być ludźmi
wierzę w ludzi…
którzy mają odwagę
odwagę by być ludźmi
ludzie
ludzie

11:11, radomjacek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 01 października 2015

Jest coś niezwykłego (i zarazem hipnotycznego) w tym, że ludzie lubią czytać, zagłębiać się w świat ducha i nieposkromionej fantazji. Snucie opowieści to chyba jedno z najgłębszych, najbardziej pierwotnych pragnień człowieka. Owa głęboka potrzeba, być może nie do końca zdefiniowana, skryta w mrokach podświadomości – kształtuje zbiorową jaźń starych i nowych pokoleń.
Wyobrażam sobie, jak to mogło wyglądać tysiące lat temu... Pod rozgwieżdżonym niebem zasiadała plemienna wspólnota. Bajarz (zazwyczaj łączył tę fuchę z profesją znachora lub czarownika) przymykał oczy, mruczał przez chwilę sobie tylko znaną pieśń, a potem zaczynał snuć Nową Historię: o nieodkrytych lądach, o wspaniałych bohaterach i mrocznych siłach, które raz po raz ujawniały się w najmniej oczekiwanych okolicznościach opowieści. Walka dobra ze złem, potyczki dobrych duchów ze złośliwymi demonami, nieoczekiwane zwroty akcji – i to ciągłe, nieustające oczekiwanie graniczące z niepokojem, jak zakończy się ta przygoda, czy nasz bohater osiągnie upragniony cel? Co zwycięży, co zatriumfuje?
Tworzenie opowieści obrazuje tworzenie świata i nas samych. Każda z tych magicznych historii jest niejako osobną wariacją na temat tego, co mogłoby się stać z nami, gdybyśmy się urodzili w innym czasie, w innej przestrzeni bytu.

15:14, radomjacek
Link Komentarze (2) »
wtorek, 18 sierpnia 2015

Nieprzefiltrowane myśli są mocniejsze niż nieprzefiltrowany alkohol. Słowa wyrzucane z piwnic podświadomości do przedsionka na wpół przebudzonego „ja”. Zapętlony czas, zapętlona przestrzeń, zapętlone skojarzenia. Myśli podrzucane przez dobre i złe duchy. Przekomarzanie się z Absolutem. Nazywanie wszystkiego od nowa, na nowo. Modlitwa psalmami. Modlitwa oddechem. Śmiech i płacz. Dotykanie niemożliwego. Odkrywanie po części cząstek prawdy o sobie, o Tobie, o Nas… Składanie puzzli wrażeń na gorąco, bez żadnego wzoru, bez żadnego z góry ustalonego schematu. Snucie opowieści z tysiąca i jednej przegadanej nocy. Krótkie zdania wyrwane z nieskończonego oceanu możliwych do wybrania sensów. Zapamiętywanie i odpamiętywanie. Chodzenie na skróty, chodzenie wąskimi ścieżkami. Powroty, zawroty głowy. Lęk wysokości, lęk przed utratą równowagi, lęk przed uniżoną, fałszywą pokorą. Nie oglądaj się za siebie, bo zostaniesz zamieniony w słup soli. Nie rozdrapuj ran, bo sam zostaniesz raną.
Na szczęście – w tym wszystkim nie jestem sam. Kochać kogoś – to już bardzo wiele. Kochać z wzajemnością – to wszystko.

21:51, radomjacek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 05 lipca 2015

widziałem
mesjasza xxi wieku
taki sen nie sen
wizja poety
/ już wiem /
gdyby chrystus dziś żył – –
nosiłby spodnie wrangler’a
koszulę big stara
buty nike
zadawałby się z prostytutkami
i (t)uczonymi w piśmie
głaskałby po policzkach trzynastolatki

13…
to pechowa liczba
nikt nie chciałby się urodzić „czynastego”…
a jednak –
są i tacy…
oni też mają prawo do życia
do sądu
do nieba albo piekła

jestem ®ozświetlony
w cieplej, dusznej, lipcowej nocy odkrywam swoją twarz
nie –
50. twarzy to zdecydowanie za mało
mam ich więcej
nie jestem
idealny
ani dobry, ani zły – –
durny egoista

przepraszam – – 

(ja) tylko piszę
tkam
świetlny mandylion tysiąca i jednej nocy
kamasutra, tybetańska księga umarłych, biblia, koran, mój tajemny dziennik
dzienniki Miłosza i Mrożka
przeczytane – oswojone – odległe
(nie) dla mnie
nakarmiony telewizją
internetem
krwią niewinnych
(w)zdycham

dobre wdycham
złe wydycham
i jest rym
jest zabawa

gdybyś wiedziała,
jak bardzo
tęsknię…
rozpłakałabyś się
albo kochała ze mną
do szaleństwa
do nieprzytomności
wtulona
we mnie
zamieniona
w wieczność

02:15, radomjacek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 maja 2015

Nie ma wzoru na ludzką twórczość. Nie ma sposobu na wzbudzanie w sobie „sztucznego twórczego entuzjazmu”. Bardzo często pisanie przypomina niezaplanowane spotkanie, często na pozór chaotyczne, niepojęte w swej mistycznej atmosferze. Nigdy nie wiesz, co i jak przyjdzie do głowy. Nigdy nie rozpoznasz, co i kiedy odejdzie – czasem bezpowrotnie, czasem tylko na chwilę. Mijasz w locie setki myśli. Kto wie, dlaczego akurat ta znalazła się tu i teraz. Czy musiała? Czy tylko mogła? Dlaczego koncentrujesz się na tym, a nie na innym skojarzeniu? Wszystko otacza mgła tajemnicy, a ty jesteś w środku ciemnej jaskini, próbujesz z oddali na jej ścianach dostrzec cienie prawdziwego światła.
Pisanie przypomina malowanie na skale. Miną dziesiątki lat, a myśli nasze zostaną na zawsze zatopione w złotej kropli cyfrowego bursztynu. Być może tylko niewielka część tych zapisków będzie miała tzw. wartość artystyczną. Ale czy to ważne? Ważne jest uwiecznienie tych momentów, odwzorowanie ich temperatury, zapachu, smaku, nastroju. Bo te chwile już nigdy nie wrócą w takim samym wydaniu, a to co będzie - nie może być, tym czym było. Będzie czymś innym. Nawet jeśli wierzymy, że nasze zachwyty i zapatrzenia będą trwały wieczność, to za każdym razem owa „wieczność” będzie się nam jawić w nieco inny sposób… Będzie składać się z innych cząstek skojarzeń, myśli, odczuć. Inna będzie gęstość substancji, z których złożone będzie nasze doświadczanie siebie, inny ciężar właściwy poszczególnych cząsteczek szczęścia. Ale – wbrew pozorom – to nie jest zła informacja. Bo ta świadomość to świetny sposób na „nudę”, jednostajność codziennego trwania. To może wiele wnieść do naszych ludzkich, codziennych relacji. Uświadomienie sobie, że nigdy nie wchodzimy dwa razy do tej samej rzeki, że za każdym razem widzimy siebie i czujemy po raz pierwszy…

21:16, radomjacek
Link Komentarze (1) »
sobota, 23 maja 2015

Niecodziennie pisze się genialne rzeczy. Niecodziennie pisze się nawet „rzeczy byle jakie”. Większość pisarskiego procesu polega na akceptacji tego, co z pozoru słabe, niedopracowane, ułomne. Potem następuje kolejny, znacznie ciekawszy etap: rzeźbienie. Cierpliwe, żmudne ociosywanie materiału, szlifowanie, nadawanie ułomnej z początku formie ostatecznego kształtu. Rzadko można od razu stwierdzić, czy jakaś opowieść będzie wartościowym tekstem, a coś innego – tylko szkicem. Dlatego dobrze jest na jakiś czas odłożyć do szuflady to, co się napisało –  potem wrócić i przejrzeć bardziej krytycznym, za to mniej emocjonalnym okiem.



10:48, radomjacek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 maja 2015

Nasze myśli łączą się ze sobą, mieszają, tworzą jedno. Wydawać by się mogło – nie można już bliżej. A jednak okazuje się, że można. Walczymy o siebie. Dźwigamy ciężary Drugiego. Wygrywamy kolejne bitwy. Jesteśmy zwycięzcami. Wierzymy w siłę, którą generujemy – wmyślając się w siebie. Myślę o Tobie. Myślisz o mnie... Piękny stan. Niepowtarzalny. Wyjątkowy. Jedyny w swoim rodzaju.
Warto to ocalić. Warto o to walczyć. Takie rzeczy nie zdarzają się często...

21:00, radomjacek
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10